Jak Europa poluje na smoki

Na Starym Kontynencie od dłuższego czasu trwa widowisko, które z powodzeniem może konkurować z najlepszymi sezonami: „Gry o Tron”. Jest dramaturgia, są emocje i co najważniejsze jest wróg! Tym razem w roli mrocznego bohatera obsadzono silnik spalinowy, a dokładnie Diesla. Narracja jest prosta, jak średniowieczny młot na czarownice, Diesel zły, elektryk dobry. Nie przeszkadza to jednak niezależnym badaniom wprowadzać do tej mrocznej opowieści nieco mniej hollywoodzkiego światła, a fakty. Według analiz typu Life Cycle Assessment prowadzonych przez Green NCAP, rzeczywistość wygląda mniej apokaliptycznie. Przykładowo, klasyczna Octavia Combi 2.0 TDI zużywa w całym cyklu życia około 164 MWh energii. Dla porównania hybrydowa Toyota Prius dobija do 167 MWh, a elektryczny Fiat 500e do 171 MWh. Krótko pisząc, smok którego politycy PE chcą spalić na stosie w rzeczywistości jest mniej trującym potworem niż przedstawiany w opowieściach decydentów. Badania uwzględniają wszystko: od produkcji auta przez jego użytkowanie, aż po recykling. I właśnie ten ostatni element zaczyna przypominać zamiatany pod dywan problem – bardzo gruby i ciężki, litowo-jonowy dywan. O ile samochód elektryczny po kilku latach nadal nadaje się do jazdy, o tyle zestaw akumulatorów trakcyjnych często już niekoniecznie. Wymiana? Owszem możliwa. Sensowna? W tym miejscu zaczyna się filozofia, ekonomia i ekologia w jednym, bardzo niewygodnym pakiecie. Produkcja nowego zestawu ogniw i utylizacja starego oznacza kolejne tony emisji CO2, czyli dokładnie tego z czym teoretycznie walczą politykierzy. Recykling sprawnego auta tylko dlatego, że bateria straciła formę, to trochę jak wyrzucanie całej lodówki, bo skończył się w niej jogurt. Niby można, ale trudno to nazwać rozsądkiem nawet w imię wyższych idei. Tymczasem producenci mierzą się nie tylko z zasięgiem, ceną i dostępnością surowców, ale również z pytaniem: co zrobić z tym wszystkim za kilka lat? Bo problem nie znika on dopiero się rozpędza. W Polsce, jak zawsze sytuacja nabiera dodatkowego kolorytu. Energia elektryczna wciąż w dużej mierze pochodzi z węgla, więc ładowanie auta „zeroemisyjnego” przypomina trochę dietę bezcukrową, w której zamiast cukru używamy syropu glukozowego. Niby inaczej, ale efekt jest dyskusyjny. Na dokładkę rośnie rynek wtórny elektryków. Do kraju trafiają pojazdy z zagranicy, często pamiętające początki elektromobilności, a skoro producenci zakładają żywotność baterii na około 8 lat, to łatwo policzyć, że wiele z nich zbliża się właśnie do momentu, w którym zaczynają się problemy z wydajnością baterii i zasięgami na jednym ładowaniu. I tu pojawia się wizja, która brzmi, jak science fiction, ale wcale nim nie jest: Polska, jako wielki parking dla zużytych baterii z Norwegii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych. Taki ekologiczny sarkofag na miarę XXI wieku w Europie Środkowowschodniej. W całej historii problemem nie jest ani diesel, ani prąd. Problemem jest myślenie życzeniowe przebrane za strategię. Jeżeli naprawdę chcemy ratować środowisko, to zamiast urządzać polowania na technologiczne „czarownice”, warto zacząć patrzeć na cały cykl życia produktu nawet jeśli odpowiedzi okażą się mniej wygodne niż polityczna utopia, potęgowana bezmyślną indoktrynacją. Ekologia to nie religia, to cyfry, a cyfry, jak powszechnie wiadomo nie palą się na stosie podobnie, jak głupota polityków.

Rzecznik Elektromobilności Autor

Na co dzień jestem rzecznikiem, zatem podejmując decyzję o pisaniu Bloga postanowiłem pozostać w roli. Więcej o mnie...