Historia „elektryka” zatoczyła koło

Od zarania dziejów motoryzacji, kombinowano, jak konia, zastąpić innym napędem np. parowym. Dalej myślano, jak parę zamienić w kolejny napęd. I tak następnym krokiem w motoryzacyjnej ewolucji stał się silnik elektryczny.

Przełomem było wynalezienie w 1859 roku akumulatora kwasowo-ołowiowego. Umożliwiło to, zainstalowanie na wozie baterii, z której można było zasilić silnik elektryczny. Kolejny skok dokonał się w około 1881 roku. Wówczas powstały konstrukcje elektryczne. Nie rozpalały jednak umysłów wynalazców zbyt długo, ponieważ w 1885 roku na rynku pojawił się największy do dzisiaj konkurent auta elektrycznego. Karl Benz i Gottlieb Daimler skonstruowali silnik spalinowy.

Od samych początków wzbudzał negatywne emocje wśród zwolenników ciszy i czystego powietrza. Motor był strasznie głośny, a do tego pozostawiał za sobą kłęby śmierdzącego dymu. Mimo to od początku 1900 roku auta elektryczne zaczęły tracić na popularności. Odchodziły w zapomnienie. Musiało minąć ponad pięćdziesiąt lat, żeby entuzjaści napędu elektrycznego w samochodach dali ponownie o sobie znać. W 1959 roku na amerykańskich drogach pojawiło się auto Henney Kilowatt. Mogło jeździć z prędkością do 90 km/h i na jednym ładowaniu pokonywało dystans do 90 kilometrów. Sprzedało się w 47 egzemplarzach, a nabywcami były głównie firmy z branży elektrycznej. Mimo to, na początku XX wieku tylko po ulicach Nowego Jorku jeździło ponad dwa tysiące samochodów elektrycznych – dostawczych i taksówek.

Zapoczątkowane zostały na skalę przemysłową prace w zakresie budowy akumulatorów i ich wykorzystania w napędach elektrycznych. Z czasem efekty można było zauważyć w napędach wózków widłowych oraz pojazdów jeżdżących po polach golfowych. Później nastąpiła przerwa, aż do około 1990 roku. Niektórzy twierdzą, że głównie za sprawą lobby paliwowego. Auta z napędem elektrycznym przestały wzbudzać zainteresowanie. W tzw. między czasie GM podjął próbę wskrzeszenia na rynku amerykańskim idei samochodów z napędem elektrycznym, ale w konsekwencji nieudaną, a nawet zakończoną skandalem. Wszystkie wyprodukowane auta zostały odkupione od właścicieli i zniszczone.

Dopiero po roku 2000 nastąpił kolejny przełom. Wznowieniu prac z pewnością sprzyjała nasilająca się tendencja do życia w zgodzie z naturą. Prace nad „elektrykami” powróciły do łask. 2008 rok stał się kamieniem milowym. Na rynku motoryzacyjnym zdominowanym przez „spalinowce” zadebiutowała Tesla Roadster. Auto mogło przejechać na jednym ładowaniu 354 kilometry. Później już było tylko lepiej. Pojawiły się BMW i3, Nissan Leaf i kolejne wcielenia Tesli, które porażały swoimi osiągami. I tak właśnie historia elektrycznej motoryzacji zatoczyła koło. Chęć życia w zgodzie z naturą w czystym otoczeniu, bez spalin i smogu sprawiła, że coraz częściej kierujemy wzrok w stronę aut napędzanych silnikami elektrycznymi. W końcu modne i pożądane wizerunkowo stało się wykorzystywanie w firmach aut elektrycznych. Wizja zero emisyjnego transportu jest bardzo atrakcyjna dla przedsiębiorstw dbających o środowisko. Na zachodzie coraz więcej firm używa samochodów elektrycznych do rozwożenia towarów w centrach miast.

W Bydgoszczy szlak przecierają Kolejowe Zakłady Łączności produkujące stacje do ładowania „elektryków”. W flocie posiadają Nissana, którym codziennie pokonują dziesiątki kilometrów serwisując swoje urządzenia.

Rzecznik Elektromobilności Autor

Na co dzień jestem rzecznikiem, zatem podejmując decyzję o pisaniu Bloga postanowiłem pozostać w roli. Więcej o mnie...