Od blisko dwóch dekad Norwegowie niczym hawajscy surferzy płyną na najwyższych w okolicy falach prądu i nie oglądają się za siebie w oczekiwaniu na koleją, Na surowej północy, samochód elektryczny to nie dowód ekologicznej poprawności politycznej tylko codzienność, jak termos z kawą i wełniany sweter. Klucz do sukcesu jest prosty, jak instrukcja ładowarki – nie opodatkowywać ludzi za to, że robią coś dobrego. W efekcie prostota i przyzwoitość do obywateli przerosła nawet najbardziej optymistyczne scenariusze. Norwegowie planowali elektryczną dominację do 2025 roku i się im udało. Dziś sprzedaje się w kraju fiordów więcej aut na prąd niż tych na paliwo tradycyjne. W minionym roku ponad 70% sprzedanych, nowych aut było na baterie. Samochody na sok z dinozaura sprzedawały się symbolicznie w ilości odpowiadającej jednemu parkingowi pod pierwszym lepszym polskim urzędem. Hitem są duże, amerykańskie SUV-y na prąd. Ludzie północy uwielbiają konkrety: duże, wygodne, napakowane technologią. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ tzw. państwo mówi: „proszę bardzo, nie płacicie podatku, jeździcie buspasem, parkujecie za darmo.” Obywatele grzecznie odpowiadają: „no dobrze, skoro nalegacie.” Tak właśnie wygląda polityka, która działa. Państwo zachęca konkretami, a ludzie korzystają i wszyscy są zadowoleni. No, prawie wszyscy, bo budżet zaczął się pocić i ktoś zauważył, że miliardy uciekają razem z ulgami więc teraz rząd kombinuje, jak obniżyć napięcie zachęt, ale nie zgasić światła. Tymczasem w Polsce jeden z prezesów wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska twierdzi, że auto napędzane wodorem nie jest elektryczne. Elektryfikacja rodzimej motoryzacji przypomina bardziej skecz kabaretowy niż przemyślaną strategię. Z jednej strony rząd krzyczy: „kupujcie elektryki!” z drugiej tzw. system zachęt wygląda jakby był pisany na kolanie w toalecie podczas palenia fajek. Dopłaty owszem pojawiają się jednak realnie są całkowicie oderwane od rynku sprzedaży elektryków. Ulg, zainteresowani poszukują niczym złotego pociągu na Śląsku. Infrastruktura od lat w ciągłej budowie. Ładowarki w miastach lokowane jedynie w punktach dostępu prądu, a nie potrzeb właścicieli pojazdów na baterie. Pustynia w dzielnicach zabudowy wielorodzinnej, zmuszająca do kupowania przewodu, który będzie można zrzucić z 10 piętra do EV. Efekt jest taki, że tzw. statystyczny Kowalski, zamiast kalkulować zakup auta elektrycznego, przeprowadza rachunek tolerancji i cierpliwości wobec nieudolności decydentów lokalnych i rządowych. Trudno nie zrozumieć faktu, że ktoś nie chce inwestować kilkuset tysięcy złotych w coś, co państwo wspiera werbalnie, a nie realnie. Norwegowie pokazali, że da się zrobić z elektryków standard. Wystarczy spójność, konsekwencja i odrobina zdrowego rozsądku. Nad Wisłą trwa eksperyment pod nazwą: „Jak zachęcić ludzi, nie zachęcając ich za bardzo”. W Królestwie Norwegii prąd płynie do samochodów. W Polsce głównie w PowerPoincie.

15kwiecień
Norweska fala

Rzecznik Elektromobilności Autor
Na co dzień jestem rzecznikiem, zatem podejmując decyzję o pisaniu Bloga postanowiłem pozostać w roli. Więcej o mnie...

