Tytułowy jest nie tylko wywołany cenami przerobionych soków z dinozaura w Polsce, ale podążaniem za absurdem i kolejnymi poziomami manipulacji. Pewnie znakomita większość nie zwróciła uwagi, a na pewno nie zdążyła przeczytać, że unijni decydenci podprogowo zniechęcają Europejczyków do transportu zindywidualizowanego. Przekaz staje się prosty: wsiadasz, jedziesz i absolutnie się tym nie ekscytujesz. Nie podziwiasz designu, nie zwracasz uwagi na prowadzenie, nie zachwycasz się dźwiękiem czy systemem audio. Samochód nie jest od przyjemności. Samochód w dobie ETS i innych zielonych polityk stanowi tylko ogniwo łańcucha obowiązku dostarczenia dzieci do szkoły, dojechania do pracy i przywiezienia zakupów do domu. Nie ma się niczym wyróżniać. Obraz uzupełnią didaskalia w postaci napisów, że auto porusza się zgodnie z przepisami, jedzie po zamkniętej drodze, a za kierownicą siedzi zawodowy kierowca. Nie zarejestrowałem w związku z tym mogę jedynie powtórzyć za tymi, co widzieli, że pojawia się też wzmianka, żeby nie próbować tego, co na filmie samemu. W efekcie reklama samochodów w UE nie może być śmieszna, zabawna, za dynamiczna, czy za głośna. Obraz zdominowała cisza, przecięta świstem silnika elektrycznego, napisami i głosem lektora o zerowej emisji miejscowej, zasięgu na jednym ładowaniu albo układzie mieszanym tzw. hybrydowym. Jest też coś o przerobieniu samochodu w smartfon, aplikacjach, uaktualnieniach, ale oczywiście bez słowa o abonamencie i konieczności bulenia za każdą aktualizację map, czy innych funkcjonalności pojazdu, a zakodowanych w półprzewodnikach. Tak moi drodzy, żarty się skończyły, cieszenie się z jazdy również. Mając na uwadze kierunek, w którym to wszystko jedzie, to kolejnym przystankiem po doprowadzeniu przez polityków PE przemysłu motoryzacyjnego na skraj przepaści, kolejny przystanek to zniechęcenie do posiadania auta i do korzystania z niego. Swoją drogą, to Karl Benz przewraca się w grobie. Nie dość, że producenci musieli poddać się dyktatowi elektryfikacji motoryzacji, to teraz jeszcze muszą cenzurować reklamy produkowanych marek. Politykierzy oczywiście są spełnieni. Wierzą, że lud zniechęcony do motoryzacji, cenami gotowych wyrobów, cenami paliwa, kolejnymi obłożeniami finansowymi, zamkniętymi strefami ruchu, straszony i systemowo indoktrynowany, porzuci swoje pasje, marzenia, przyzwyczajenia i zacznie chodzić pieszo. Nieco zamożniejsi nabędą sobie w drodze zakupu hulajnogi względnie rowery. Na Ln co jakiś czas, sympatycy motoryzacji wrzucają filmiki z lat 80 ubiegłego wieku. Wówczas światem marketingu samochodowego rządziły emocje, adrenalina. Iskra, która wywoływała zapłon sprawiający, że reklamę oglądało się do końca, a później czkało na kolejną emisję. Dziś emocje zostały wycofane z obiegu, jak V8. Każdego dnia gubimy coś ważnego. Już nie tylko umiejętność aktywnego słuchania czy prowadzenia rozmowy, ale zwykłą radość z życia. Obecnie mamy dyrektywy, zakazy, nakazy, kary, regulaminy. Kiedyś śmiech, niewymuszoną radość, frajdę, fun. Równo 140 lat temu nie tylko Karl Benz wpłynął na współczesność, również jego małżonka Berthy Benz, została prekursorką najlepszej reklamy dzieła swojego męża. Ukradła jego samochód, by udowodnić całemu światu, że ten wynalazek naprawdę ma sens!
Zakaz uśmiechu za kierownicą

