Żyjemy w świecie przepisów, zakazów, nakazów, kamer i coraz większej liczby regulacji. Nie oceniam, ale myślę, że tam, gdzie ktoś stwarza zagrożenie bądź skutecznie utrudnia życie innym, państwo powinno reagować. Jednym z przypadków, który zapewne i Was dotknął jest „porzucenie” przez kogoś auta w miejscu, w którym nie powinno się znajdować. Oczywiście „tylko na chwilę”, jednak często chwila trwa kilkanaście minut, a z czasem przybiera pół godziny. Próbujecie wykonać kilka manewrów. Bez skutku. Dzwonicie, zatem do straży miejskiej. Podajecie adres, opisujecie miejsce, znaki drogowe i informujecie, że pojazd skutecznie Was blokuje i nie możecie wyjechać, żona się niecierpliwi, a dzieci są coraz bardziej nerwowe. W końcu na miejsce dociera patrol. I tu zaczyna się najciekawsza część historii. W praktyce, niektóre, lokalne straże miejskie odmawiają interwencji powołując się na brak zatwierdzonej organizacji ruchu. Otóż zanim funkcjonariusze przystąpią do czynności, sprawdzają, czy dla danego miejsca została zatwierdzona organizacja ruchu, czyli oznakowanie odpowiednimi znakami pionowymi i poziomymi – malunkami na jezdni. Jeżeli jej nie ma albo nie została zatwierdzona przez zarządcę drogi, interwencja może zakończyć się niczym. Samochód nadal stoi. Wy nadal nie możecie wyjechać. W takiej chwili normalną reakcją jest powołanie się na przepisy, ale cóż. Nie twierdzę, że tak wygląda praktyka we wszystkich miastach. Wręcz przeciwnie. W wielu miejscach służby reagują szybko i skutecznie. Jednak coraz częściej bezradni mieszkańcy słyszą, że problemem jest status drogi, brak strefy ruchu albo brak zatwierdzonej organizacji ruchu. W efekcie obywatel zostaje z problemem, którego sam rozwiązać nie może. Wydaje się to największym absurdem, ponieważ nikt z nas nie ma obowiązku wiedzieć, czy droga pod blokiem posiada projekt organizacji ruchu zatwierdzony przez właściwy organ. Widzicie, że ktoś utrudnia ruch, bezpieczne korzystanie ze wspólnej przestrzeni, interweniujecie. Prawo podobno powinno być zrozumiałe i przewidywalne. Jeżeli obywatel nie jest w stanie odróżnić miejsca, w którym służby mogą interweniować, od miejsca, w którym nie mogą, to problem nie leży po stronie obywatela. Mundurowi wykonują swoje obowiązki zgodnie z obowiązującymi przepisami i przyjętymi procedurami. Jeżeli przepisy lub ich interpretacja prowadzą do sytuacji, w której zdrowy rozsądek przegrywa z dokumentacją administracyjną, to warto zastanowić się, czy system rzeczywiście działa tak, jak powinien. Z perspektywy mieszkańca temat jest bardzo prosty. Samochód „parkuje” niezgodnie z przepisami, ktoś powinien zareagować. Tymczasem okazuje się, że najważniejszym uczestnikiem całej historii nie jest kierowca, nie jest mieszkaniec i nawet nie strażnik miejski. Najważniejszy jest segregator z dokumentacją opisującą organizację ruchu. Jeżeli wybieracie się na wakacje, życzę Wam przede wszystkim bezpiecznej drogi. Traktujcie innych, jak sami byście chcieli być traktowani. Parkując nie zostawiajcie po sobie problemu tylko dlatego, że to przecież na pięć minut. Przysłowiowe może oznaczać spóźniony wyjazd do pracy, karetkę, wizytę u lekarza albo po prostu bezsilność drugiego człowieka. Na zakończenie jeszcze jedno, oby tego lata na urlop pojechali tylko kierowcy z najbliższymi, a przepisy zostały na miejscu ułatwiając życie wszystkim i tym w cywilu i tym w mundurach.
Przepisy na wakacjach, a samochód na chodniku

